Jestem od 2 tygodni w manchesterze, nie mam pracy i od dzisiaj mam internet.
Taki początkowy etap wygnania wiąże się zasadniczo z kilkoma kwestiami. Po piersze, nie ma z kim wyjść na piwo aby nad nim poroztrząsać odrobinę weltschmerz - e. Naturalnie wystepuje opcja poznawania nowych ludzi, jednak wywlekanie pewnych spraw w towarzystwie opatrzonym, zaufanym i równie bezproduktywnym jest zdecydowanie przyjemniejsze. Po drugie, nie ma na piwo. Jest to, mam nadzieję problem charakteryzujący tylko ten pierwszy etap wygnania, jednakowoż w związku z tym właśnie jest tym bardziej bolesny. Gdy dociera do nas, że nasz akcent (bez względu na to jakiej jakości treści nim kaleczymy) stawia nas a priori w pozycji istoty drugiej kategorii; gdy odkrywamy, że nasze studia i nocne rozmowy mające na celu wychwycenie jakiegoś sensu w otaczjącym chaosie były całkowitą stratą czasu, gdyż zamiast uskuteczniania tak bezpłodnych dywagacji mogliśmy zdobywać fachowe doświadczenia w zakresie konserwacji powierzhni płaskich, to właśnie wtedy piwo jest najbardziej potrzebne, najlepiej 5 bądź 6.
W takiej sytuacji jedyne co pozostaje to książki, jedyna darmowa, legalna i powszechnie dostępna forma ucieczki od rzeczywistości. Ale jak sobie taki sfrustrowny, zmęczony rzeczywistością, świeżo upieczony mgr jednym ciurkiem Kapuścińskiego, Stasiuka i Ziemkiewicz poczyta, to jak nic zaraz chce być pisarzem-felietonistą-publicystą-podróżnikiem w jednym i siada przed tym kompem i męczy się i męczy a potem po cichu i w tajemnicy przed znajomymi zakłada bloga, w nadziei, że nikt do niego nie zajrzy ale zawsze będzie miał wrażenie że zrobił pierwszy krok.
no i jest